poniedziałek, 16 września 2019

Tomi Adeyemi - "Dzieci krwi i kości"




Niegdyś kraina Orisza tętniła życiem i magiczną mocą, ale to już przeszłość. Teraz, pod rządami bezwzględnego władcy, magowie są ofiarami okrutnych prześladowań. Zélie straciła matkę, a jej lud – wszelką nadzieję. Kiedy jednak nadarza się okazja, aby pokonać monarchę, dziewczyna nie zamierza się poddać! Z pomocą zbuntowanej księżniczki planuje przechytrzyć następcę tronu, który chce położyć kres istnieniu magii.


Orisza to niebezpieczna kraina, królestwo złowrogich śnieżnych lampartusów i mściwych duchów. Ale największym zagrożeniem dla Zélie jest ona sama, musi bowiem zapanować nad własną mocą i coraz silniejszym uczuciem do wroga…



Powieść "Dzieci krwi i kości" jakiś czas temu zawojowała zagraniczny rynek wydawniczy. W internecie można było znaleźć mnóstwo zachwytów nad powieścią, a jej autorkę uznano nawet za następczynię Sary J. Maas, czy samej J. K. Rowling. Oprócz rzeszy fanów, historia białowłosej dziewczyny zebrała wiele nagród. Okrzyknięto ją najlepszą książką YA według portalu goodreads. 

Do książek, na które pojawia się wielki szum, podchodzę z dystansem. Z doświadczenia wiem, że w tego typu przypadkach nastawiając się na coś świetnego, mogę spotkać się jedynie z bolesnym rozczarowaniem. Dotkliwie odczułam to między innymi podczas spotkania z twórczością słynnej autorki "Szklanego tronu", z którą zestawiana jest Tomi Adeyemi. Obawiałam się, że i w tym przypadku spotka mnie jedynie wielki zawód i niechęć. Czy słusznie?


Sama historia, którą znajdziemy na kartach powieści nie jest niczym wyjątkowo oryginalnym. Nie oszukujmy się jednak- przy aktualnej liczbie powieści fantasy dla młodzieży niemożliwe jest, aby zrobić czegoś w stu procentach innego. Zawsze przewijają się wątki, motywy, sytuacje, które podobne będą do tego, z czym już kiedyś mieliśmy okazję się spotkać. Tak właśnie jest w przypadku "Dzieci krwi i kości". Wiele osób zarzuca powieści powtarzanie utartych motywów. Mimo to nie zostały one przedstawione na zasadzie "kopiuj-wklej" z innych powieści. Tomi Adeyemi przedstawia przebieg zdarzeń na swój sposób, tworząc porywającą, wielowątkową historię, łączącą to, za co tak lubię ten gatunek. Mamy tu wartką akcję, silną główną bohaterkę, magię, przygodę, motyw walki z władzą, zakazaną miłość, dynamicznych, zmieniających się bohaterów i wiele więcej. Wszystko to zostało zestawione w taki sposób, że daje nam historię, która, mimo że nie jest czymś zupełnie nowym rynku wydawniczym, porywa do swojego świata i dzięki czemu można wybaczyć jej pewną schematyczność.


Autorka tworzy nowy system magiczny. Każdy z magów nich ma inne moce, które stopniowo odkrywamy. Bardzo ciekawą rzeczą jest śledzenie stopniowego rozwoju zdolności bohaterów. Obserwujemy, jak stopniowo coraz bardziej ujarzmiają swoją moc. Razem z nimi odkrywamy, jak daleko mogą się posunąć. Ich możliwości stopniowo stają się mniejszą zagadką i dla nich samych, i dla czytelnika. Często stają się również niemałym zaskoczeniem.

Minusem powieści w kwestii magii i wierzeń jest niewykorzystanie potencjału, jaki niosła w sobie mitologia afrykańska. Elementy afrykańskich wierzeń są tutaj przedstawione bardzo zdawkowo. Liczyłam, że znajdziemy ich więcej. Wielka szkoda, że autorka nie zdecydowała się bardziej skupić na tej kwestii. Byłoby to niezaprzeczalnie coś, co mocno wyróżniłoby książkę na rynku wydawniczym i urozmaiciłoby historię.


Mimo że nie spotykamy się tutaj zbyt blisko z wierzeniami, "Dzieciom krwi i kości" nie można odmówić niesamowitego, dzikiego, afrykańskiego klimatu. Powieść urzekła mnie "tym czymś" na kartach, dzięki czemu w książce czuć magię, która całkowicie oczarowała mnie podczas lektury.

Nie tylko atmosfera historii i wartka akcja sprawiły, że nie mogłam oderwać się od "Dzieci krwi i kości". Już nie pamiętam, kiedy w ostatnim czasie aż tak bardzo udało mi się zżyć z bohaterami jakiejś książki. Żadna z postaci, jakie tam spotkamy, nie jest idealna. Każdy ma swoje wady jak i zalety.  Wspólne doświadczenia zmieniają ich charakter. Z czasem nabierają siły, zmieniają swoje nastawienie do wielu kwestii. Udowadniają, że mogą pokonać swoje słabości. Nie raz zdarzają się irytować do tego stopnia, że mamy ochotę wejść do świata po wieści i wykrzyczeć im, co myślimy o takim zachowaniu, ale mimo wszystko kibicujemy im podczas całej wędrówki. Są skomplikowani, dynamiczni i to wszystko sprawia, że stają się prawdziwi. Tomi Adeyemi udało się wykreować coś więcej niż tylko papierowych, sztampowych bohaterów. Jej postacie ożywają na kartach książki, sprawiając, że czytelnik czuje z nimi więź i chce towarzyszyć im aż do samego końca.


"Dzieci krwi i kości" to przede wszystkim nie tylko lekka, wciągająca młodzieżowa fatastyka. Zamiarem autorki podczas pisania było zwrócić uwagę na nierówność rasową, podział społeczeństwa. Jest to problem, który w XXI wieku dalej jest aktualny. Walka z segregacją nie powinna kończyć się tylko na historii o podziale magów i ludzi. Powinniśmy bardziej zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół nas- jak tratowane są osoby nie tylko odmiennej rasy, ale i również wyznania, orientacji, narodowości itd.
Przede wszystkim Tomi Adeyemi chce, abyśmy odnaleźli sobie siłę, by nie bać się przeciwko temu buntować i przypomina nam, że nigdy nie jesteśmy bezsilni. Mimo że przesłanie to może wydawać się niektórym banalne i oczywiste, to jest jednak bardzo ważne w dzisiejszych czasach.


Dopiero pod koniec, po przeczytaniu ostatnich słów autorki, zrozumiałam, co chce przekazać czytelnikowi. Wtedy naprawdę doceniłam tę historię Jest to dobra fantastyka, jednak jej największa wartość kryje się w jej przekazie. Po odłożeniu powieści, przemyśleniu wszystkiego, co się tam wydarzyło i zrozumieniu problemu, możemy zauważyć jej prawdziwą wartość. Jak stwierdziła sama autorka- "(...) jeśli lektura mojej powieści zmieni choć jedną osobę, będzie to mój mały wkład w rozwiązanie problemu, który na co dzień mnie przerasta.". Dlatego bardzo zachęcam Was do zapoznania się z książką i spojrzenia na nią pod innym kątem niż tylko kolejną młodzieżówkę z motywem magii.'

1

piątek, 12 lipca 2019

Aleksandra Polak - "Perłowa Dama"



 Magiczny cyrk powraca. Ciemność znów atakuje. Takiego obrotu wydarzeń nikt się nie spodziewał! Alicja walczy o przetrwanie w mrocznych podziemiach Hadesu, gdzie brat Hadriana, Tristan, staje się jej jedynym sprzymierzeńcem. Gdy dziewczyna w końcu ucieka, okazuje się to początkiem niebezpiecznych przygód. W nadziei na złamanie klątwy ciążącej nad braćmi, Circus Lumos wyruszają w daleką drogę i odkrywają sekrety potężnych magów. Pomiędzy Alicją i Tristanem nawiązuje się nić sympatii i życie dziewczyny kolejny raz przewróci się do góry nogami. Jak potoczą się dalej losy cyrku? Co wydarzy się między Alicją a Tristanem? Kim jest tytułowa Perłowa Dama? Sięgnij po książkę i wyrusz w podróż z cyrkową trupą świateł i cieni.


Niezależnie jaka "Perłowa Dama" by nie była, nauczyła mnie jednej ważnej rzeczy, za którą jestem jej szalenie wdzięczna i mam nadzieję, że zostanie ze mną na dłużej. Mianowicie..

Jeśli coś mi mówi, że mam trzymać się od danej książki z daleka, to zdecydowanie powinnam ją sobie odpuścić.

Minęło już trochę czasu odkąd dodałam recenzję pierwszej części serii Aleksandry Polak i jeśli ktoś kojarzy ten post, to wie, że książka nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia. Nastawiłam się na lekką, przyjemną młodzieżówkę, a ostatecznie pozostałam z dużym rozczarowaniem. Długo wahałam się nad sięgnięciem po kontynuację. Zakończenie, jakie autorka przedstawiła w pierwszym tomie zaciekawiło mnie jednak do tego stopnia, że postanowiłam dać jej kolejną szansę. Po lekturze "Perłowej Damy" jestem już jednak przekonana, że było to nasze ostatnie spotkanie.

Już po pierwszych stronach doszłam do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł. Jeśli jest coś, co może mnie zirytować bardziej niż przesłodzony, udramatyzowany wątek miłosny rodem z wattpada, to chyba tylko trójkąt miłosny. Więc zgadnijcie co tu znalazłam!

"Czy można kochać dwóch chłopaków naraz? Puknij się w głowę- powtarzałam samej sobie. Ale chyba rzeczywiście okazało się to możliwe."

I w tym momencie mam ochotę rzucić książką o ścianę (a warto zaznaczyć, że była to dopiero strona 10).

W kreacji bohaterów nie widzę zbyt wielkiej poprawy. Postaci, które spotykamy dalej są tak samo płaskie, nudne i nierealistyczne, jak były, a Alicja irytuje na co drugiej stronie. Ich działania momentami są naprawdę nielogiczne i niezrozumiałe. Jedynym pozytywnym aspektem w tym temacie jest Tristan, który może i nie jest postacią idealną, ale jak na razie zdecydowanie najciekawszą, jaką autorce udało się stworzyć. Mimo że jest on do bólu schematyczny, był chyba jedynym bohaterem na kartach tej powieści, jakiego udało mi się polubić. Z pewnością jest lepszy i bardziej charyzmatyczny niż wyidealizowany Edward Cullen Hardin

Akcja jest moim zdaniem nieco ciekawsza niż w poprzednim tomie. Pomysł na ten tom był naprawdę dobry i mogło z niego powstać coś dobrego. O wiele częściej obracamy się w sferze magicznej, w przeciwieństwie do pierwszego tomu, który przez dłuższy czas bardziej przypominał kiepską obyczajówkę. Świat zaserwowany przez autorkę również zmierzał w lepszą stronę. Więcej czarów, więcej interesujących miejsc. Nie uratowało to jednak faktu, że schemat goni tu schemat, akcja jest nudna, rozciągnięta i wypełniona irracjonalnymi rozwiązaniami, których nawet nie mam siły przytaczać. Fabuła, mimo że odrobinę lepsza w porównaniu do "Króla Kier", w dalszym ciągu pozostała nijaka i przepełniona banałami.

Jeśli chodzi o styl pisania, zbyt wiele się nie zmieniło. Podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam średnie fanfiction z wattpada. Pomijając już nawet wszystkie te nielogiczne fragmenty, koszmarne dialogi i potwornie irytujące rozmyślania nastoletniej bohaterki- wyraźnie czuć, że warsztat jest mocno niedopracowany. Widać, że autorka starała się pisać "ładnie"- kwieciste opisy, wyszukane cytaty. Ogólnie coś takiego w książkach jest na plus. Trzeba tylko wyczuć kiedy można coś takiego wpleść. Szkoda tylko, że w tym przypadku zostało wciśnięte strasznie na siłę i momentami daje efekt aż komiczny. Pełno tutaj również zwyczajnie głupich fragmentów i zdań, które aż błagają o przeredagowanie i których zwyczajnie nie da się czytać.

Moja przygoda z Circus Lumos oficjalnie w tym miejscu się zakończyła. Mimo że fabularnie jest trochę lepiej, kiepscy bohaterowie, beznadziejny wątek miłosny i bardzo słaby styl pisania przeważają nad całkiem dobrym pomysłem autorki. Potencjał autorki pozostał niewykorzystany zarówno w pierwszym, jak i również w drugim tomie. Czy coś się zmieni "Księciu Cieni?"
Nie zamierzam sprawdzać.




Znalezione obrazy dla zapytania we need ya








1

czwartek, 11 lipca 2019

David Levithan - "Dzień za dniem"



























Odkąd A sięga pamięcią, jego życie sprowadza się do tego, że codziennie budzi się w ciele innej osoby i musi w nim dotrwać do końca dnia. A święcie wierzy, że jest jedyną osobą na świecie obdarzoną taką przypadłością. Myli się jednak. Nie jest sam.
Od zawsze zmagał się z wszechogarniającą go samotnością, teraz dochodzi do tego zrozumienie, do czego mogą prowadzić miłość i samotność – oraz odkrycie, jak to jest, gdy się okazuje, że są jednak inni, tacy sami jak A


Każdego dnia", historia chłopaka, który codziennie budzi się w innym ciele, zajęła ważne miejsce w 
moim sercu. Mimo że od przeczytania jej minęło już kilka lat, ona dalej została mi w pamięci. Niesie w sobie dużo ważnych dla mnie wartości, opakowanych w naprawdę ciekawą formę.

Nic więc dziwnego, że po przeczytaniu pierwszej części, sięgnęłam po jej kontynuację. Tutaj jednak zaczęły się moje problemy z twórczością Davida Levithana. "Pewnego dnia" czytało mi się naprawdę przyjemnie, mimo że jest to dokładnie ta sama historia, napisana jedynie z kompletnie innej perspektywy. Wpłynął na to na pewno fakt, że od lektury pierwszej części minął wtedy dobrze ponad rok. Drugi tom stanowił więc miły powrót do tego świata i jego bohaterów. Nie sposób jednak było nie zauważyć, że powieść ta została napisana zdecydowanie na siłę, a autorem kierowało nic innego, jak chęć zarobku. Jest to błąd bardzo często popełniany przez popularnych twórców i który nigdy nie ma pozytywnych skutków. Trzecia część, o której dzisiaj wam opowiem, jest tego najlepszym przykładem.

Gdybym napisała, że jestem rozczarowana, nie oddałoby to w pełni tego, co czuję po odłożeniu "Dnia za dniem" na półkę. Z pełną świadomością mogę stwierdzić, że żałuję sięgnięcia po tę powieść. Trzeba było posłuchać cichutkiego głosu rozsądku, który z tyłu głowy szeptał mi, żebym nie psuła sobie tak dobrej historii. Ale cóż- wyszło jak wyszło.

"Każdego dnia" to wyjątkowa książka. Jest nietuzinkowa, wartościowa, ciekawie przedstawiona. Zostawia czytelnika z wieloma pytaniami, na które on sam musi poszukać i udzielić sobie odpowiedzi. Dzięki temu zmusza do myślenia nad naszymi wartościami. Nie mamy tutaj zakończenia podanego na tacy i zaproponowanego z góry rozwiązania problemu. Czytelnik zostaje z otwartym problemem i możliwością podjęcia własnej decyzji na temat tego, jak zakończy się historia tej dwójki. Jednym przypadło to do gustu, innym niekoniecznie. Ja z całą pewnością zaliczam się do pierwszej grupy i mogę nawet stwierdzić, że to właśnie na tym zakończeniu opiera się cała magia, jaką odnalazłam w tej książce.

Czego jednak nie robi się dla popularności! David Levithan nie umie rozstać się ze swoim jednym pomysłem i efektem tego na rynek wydawniczy trafiło "Dzień za dniem", gdzie kontynuowana jest historia A i Rhiannon po zakończeniu akcji "Każdego dnia". Może i jeszcze jakoś na siłę by się to przecisnęło, gdyby autor miał konkretny i przede wszystkim dobry pomysł na rozwój fabuły, nie musząc kombinować na siłę. Było jednak dokładnie na odwrót.

W książce pojawia się (moim zdaniem) niepotrzebny wątek dusz, które podobnie jak A przechodzą z ciała do ciała. Jest on pogmatwany, dziwny i właściwie nic specjalnego od siebie nie wnosi. Został moim zdaniem wciśnięty na siłę i aż bije z tego niedopracowanie. Odniosłam wrażenie, że sam autor nie do końca wiedział o co mu chodzi i gdzie zmierza. X, bohater o zdolnościach podobnych do A, pojawiający się w książce, jest postacią, która miała spory, ale niewykorzystany potencjał. Jego charakter i rola, którą odgrywa w życiu bohaterów, mogły wypaść o wiele wiele lepiej. Pojawienie się tej postaci wyjaśniło mi tak naprawdę tyle co nic, jeśli chodzi o kwestię przechodzenia z ciała do ciała bohaterów. On i bohaterowie jemu podobni nie przekazują żadnych wartości, nic nie tłumaczą. Więc po co w takim razie ten wątek jest? Chyba tylko po to, aby było o czymkolwiek pisać.

W książce nie dzieje się kompletnie nic. Gdybym miała streścić wydarzenia, nie wiedziałabym nawet od czego zacząć. Czuję się tak, jakby to A przeżył za mnie ten dzień, w którym przeczytałam "Dzień za dniem"- niby coś tam mi świta, ale nie pamiętam co się działo. Wszystko zlewa się w jedną całość: A i Rhiannon tęsknią za sobą i próbują się spotkać. I tyle, plus pojedyncze, irytujące mnie momenty związane z wątkiem X. Sprawia to, że powieści zwyczajnie nie da się czytać bez zasypiania nad nią. Na początku pomijałam fragmenty, później strony, aż nawet całe rozdziały. Żadnej akcji, żadnych ciekawych rozwiązań. Jedno wielkie lanie wody, które miało zakończyć się trzymającym w napięciu finałem. Ten zaś wyszedł moim zdaniem bardziej komicznie i głupio niż dramatycznie.

Od kiedy przeczytałam "Dzień za dniem", myśląc o historii A, pierwsze co przychodzi mi do głowy to okropna frustracja. Trzecia część bardzo zaburzyła mi obraz pięknej, wartościowej twórczości autora. Jest bardzo słaba i niszczy całą magię "Każdego dnia". Uważam, że nie powinna zostać w ogóle napisana. David Levithan już dawno powinien raz na dobre pożegnać się z tą historią i postarać się zaskoczyć nas czymś zupełnie nowym. 
0

środa, 5 czerwca 2019

Nicole Yoon- "Słońce też jest gwiazdą"







Natasha pochodzi z Jamajki, ale od ósmego roku życia mieszka w Nowym Jorku. Tu ma swoje życie, 
chłopaka, przyjaciół… Ale rodzina dziewczyny przebywa w USA nielegalnie i wkrótce zostanie deportowana. Natasha jest zrozpaczona i wściekła na ojca, bo to przez niego muszą wrócić na Karaiby. Jakby nieszczęść było mało, właśnie zdradził ją chłopak! Przyszłość jawi się w czarnych barwach... I wtedy zrządzenie losu, a może przeznaczenie, stawia na jej drodze Daniela. Czy można zakochać się w ciągu kilku godzin? Natasha uważa, że to niemożliwe. Zresztą, po co jej miłość, skoro niebawem znajdzie się w obcym kraju, wśród obcych ludzi…

Z twórczością Nicoli Yoon mam pewien problem. Książki spod jej pióra ani szczególnie mnie nie zachwycają, ani nie stwierdziłabym, że są słabe. Czy mogłabym je w takim razie określić jako przeciętne? Również zdecydowanie nie. Autorka nie tworzy typowych młodzieżówek, jej historie nie należą do schematycznych. Mimo to, podczas czytania jej pierwszej powieści- "Ponad wszystko"- byłam pełna sprzecznych uczuć. Sytuacja nie różniła się w przypadku "Słońce też jest gwiazdą". Jakie ostateczne wrażenie historia na mnie wywarła?

Autorka nie zawiodła mnie w kwestii pomysłu na książkę. Każdy, kto kojarzy "Ponad wszystko" wie, że Nicola Yoon ma rękę do niebanalnego podejścia do tematów, na które pisze. Nic się nie zmieniło. 
Natasha i Daniel spotykają się na nowojorskiej ulicy. Wierzą, że znaleźli się na swojej drodze nie przez przypadek. Mają dla siebie jednak niewiele czasu. Mimo wszystko decydują się spróbować, szukając odpowiedzi na pytanie:"Czy w jeden dzień można się zakochać?".

To jednak nie wątek miłości tak bardzo doceniłam w tej książce, lecz kwestię imigracji. Daniel pochodzi z Korei, zaś Natasha z Jamajki. Każdy ma za sobą inną historię, inne przeżycia, doświadczenia, powody dla których się to znalazł. Bardzo różni się od tego, co zazwyczaj znajdujemy w młodzieżowych książkach i moim zdaniem jednocześnie bardzo potrzebne. Być może postacie przedstawione na kartach powieści sprawią, że ktoś spojrzy na temat imigracji z nieco innej perspektywy.


Wątek zakochania się w ciągu jednego dnia wywarł we mnie dość sprzeczne uczucia. W pierwszej chwili pomysł ten nie przypadł mi do gustu. Moje pierwsze wrażenie było dosyć negatywne i utrzymało się do końca lektury. Stwierdziłam, że to, co ukazała autorka, jest banalne, cukierkowe i zdecydowanie przereklamowane. Jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że wcale tak źle to nie wypadło. Czy nikt z nas nie spotkał nigdy osoby, z którą od pierwszych chwil czuliśmy specyficzną więź, powiązanie? Kilka minut rozmowy i już w głębi duszy wiedzieliśmy, że to jest człowiek, którego koniecznie musimy lepiej poznać. Jakkolwiek banalnie to brzmi, takie sytuacje istnieją i zazwyczaj okazują się naprawdę cudownym przeżyciem. Kiedy to sobie uświadomiłam, inaczej spojrzałam na relację Natashy i Daniela i przede wszystkim ją zrozumiałam. Może i jest to "miłość od pierwszego wejrzenia", ale nie jest ona tak banalnie przedstawiona. Jak na jeden dzień, rozwija się dosyć stopniowo, a między bohaterami można poczuć to coś. Szczególnie, że ich relacja ma niesztampowy, ciekawy finał.

Ważnym aspektem jest tutaj idea, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Pozornie przypadkowe wydarzenia, którymi nawet nie zawracamy sobie głowy, mogą mieć ogromny wpływ- jeśli nie na nas, to na innych. Podkreśla to nie tylko nie tylko historia spotkania dwójki bohaterów, ale mnóstwo postaci epizodycznych, którym poświęcone są pojedyncze, króciutkie rozdziały. Z początku wydają się niepotrzebne, ale kiedy przyjrzymy się im bliżej w kontekście całej lektury zauważamy, co autorka próbuje nam przekazać. Wszystkie nasze działania mogą mieć jakieś znaczenie, a każdy człowiek niesie ze sobą historię, o którą nawet nie podejrzewamy.

Natasha i Daniel są zbudowani z zupełnie innej materii. On- poeta, marzyciel. Ona- stąpający twardo po ziemi umysł ścisły.  Autorka zbudowała naprawdę udane portrety bohaterów. Mają barwną osobowość, a dodatkowym atutem są ich przeżycia z przeszłości, które wpływają na to, jak ukształtował się ich charakter. Największą zaletą jest jednak realizm. Sprawia to, że możemy w wielu przypadkach się z nimi utożsamić i naprawdę ich polubić.


Styl pisania autorki jest lekki, chociaż dosyć przeciętny. Ogromnym minusem, który nawet odbiera przyjemność z czytania, jest fakt, że powieść momentami jest strasznie rozciągnięta. Przychodzi taki moment, że nie dzieje się kompletnie nic, a rozmowy bohaterów zaczynają już powoli nużyć. Książka staje się wtedy koszmarnie nudna, a akcja aż prosi się o przyspieszenie. Momentami odnosiłam nawet wrażenie, że jest zwyczajnie pisana na siłę. Pamiętam, że podobnie było w przypadku "Ponad wszystko". Autorka nie powinna robić aż tak długiego zastoju. Ja sama przyznam się, że niektóre fragmenty przeskakiwałam, a myślę, że nie jeden czytelnik odłożył książkę w kąt. 

"Słońce też jest gwiazdą" nie jest wybitnie dobrą powieścią. Momentami jest naprawdę nudna i z początku wydaje się cukierkowa i przesłodzona. Kiedy jednak odłoży się ją na półkę i pomyśli nad historią, którą właśnie poznaliśmy, widzimy, jak wiele ona w sobie niesie. Mam wrażenie, że książki Nicoli Yoon doceniam dopiero po jakimś czasie od ich przeczytania. Mimo że zdecydowanie nie należą do moich ulubionych, mają w sobie coś, co sprawia, że wracam do nich myślami i troszkę z nich wynoszę.
Być może, podobnie jak główni bohaterowie trafili na siebie, ten tytuł znalazł się w moich rękach nie przez przypadek. Polecam, abyście również się z nim zapoznali.
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo dolnośląskie

4

niedziela, 2 czerwca 2019

Peadar O'Gulilin - "The Call. Wezwanie"



Mimo że dystopijnych powieści młodzieżowych pojawiło się już mnóstwo na rynku, książka promowana jako podobna do moich ukochanych "Igrzysk Śmierci",  nie pozwoli mi przejść obojętnie. Chociaż wiem, że w większości przypadków okazują się rozczarowaniem, motyw walki na śmierć i życie w interesującej, mrocznej otoczce, zawiera w sobie coś, co bardzo mnie przyciąga. "The Call" miało to wszystko. Kiedy dodam do tego jeszcze hipnotyzującą okładkę i intrygujący opis, jestem już pewna, że tytuł ten prędzej czy później znajdzie się w mojej biblioteczce. Tak stało się z "The Call". Czy książka stała się moją nową miłością czy kolejną przereklamowaną próbą powtórzenia sukcesu trylogii Suzanne Collins?

Być może błędem był fakt, że podeszłam do tej książki z niemałymi wymaganiami? Być może winny było to, że przed lekturą naczytałam się wiele zachwytów i nastawiłam na historię, która całkowicie mnie pochłonie? A może to kwestia cudownego wydania, pod wpływem którego miałam nadzieję na równie niesamowitą treść? Niezależnie od powodu- nic nie zmienia faktu, że "Wezwanie" mnie wynudziło, zirytowało i pozostawiło z ogromnym rozczarowaniem.

Po zapoznaniu się z opisem powieści i lekturze jej pierwszych stron, możemy liczyć na porywającą, pełną akcji i napięcia historię, która nie pozwoli nam się od siebie oderwać. Autor zaserwował nam jednak dokładne przeciwieństwo. Już dawno nie natrafiłam w tym gatunku na tak bardzo rozciągniętą, bezbarwną historię. Zero akcji, napięcia, momentów grozy. Pojawiły się pojedyncze bardziej interesujące wydarzenia, lecz było ich zdecydowanie za mało jak na to, na co się nastawiłam. Akcja powieści skupia się głównie wokół nudnej codzienności szkoły przetrwania i życiu jej uczniów. Mam wrażenie, że w pewnym momencie autor totalnie zatrzymał się z pomysłami, ale ciągnął pisanie na siłę z pojedynczymi ciekawszymi przebłyskami po drodze.

Poza życiem w szkole, mamy tu też do czynienia z porwaniami do świata Sidhe, gdzie nastolatkowie zmuszeni są do walki o przetrwanie. Jeszcze jak pierwsze takie wydarzenie, było czymś naprawdę ciekawym, tak kolejne powielają tylko ten sam schemat i sprawiają, że oczy same się zamykają. A jeśli zasypiamy przy książce tego typu, to chyba nikt nie zaprzeczy, że bardzo źle to o niej świadczy...

Nużącą akcję mógłby jeszcze uratować fascynujący świat, w który zagłębiamy się podczas lektury. Problem jest jednak w tym, że i tutaj tego zdecydowanie zabrakło. Tło wydarzeń miało niesamowity potencjał. Słusznie było porównywane do świata Stranger Things. Podobnie jak to serialowe, mogło nieść ze sobą groźny, tajemniczy klimat, który mimo że przeraża, to jednocześnie niesamowicie ciekawi i pociąga. Autor i tego nie wykorzystał. Świat Sidhe i jego historia mogły być fascynujące, jeśli zostałyby rozwinięte. Jest wręcz przeciwnie- informacji jest zdecydowanie za mało. Nie wiemy co i jak. Na początku miałam spore problemy ze zorientowaniem się co się właściwie dzieje i o co chodzi, nie mówiąc już o jakiejkolwiek fascynacji miejscem, w które przeniosłam się podczas lektury.

Sytuacja z bohaterami i stylem pisania jest podobna. Przeciętnie, przeciętnie, przeciętnie. Nic specjalnego, mdłe charaktery, irytująca i sztuczna główna bohaterka. Malutkim plusem w przypadku postaci, o którym mogę wspomnieć, jest wplecenie bohaterów LGBT w tle. Jest to akurat bardzo malutki wątek, który i tak warto docenić.

Odniosłam wrażenie, jakby autor "The call", zupełnie jak bohaterowie jego książki, miał kilka minut na napisanie i musiał to robić najszybciej jak się da, nie mając chwili na dokładnie przemyślenie fabuły. Efekt jest naprawdę słaby, a jedyną rzeczą, która zachwyca mnie w tej książce, jest jej okładka. Jestem bardzo rozczarowana, tym bardziej, że pomysł miał ogromny potencjał i bardzo mi się podobał. Niestety, w tym wypadku porównanie do "Igrzysk Śmierci" jest moim zdaniem krzywdzące dla trylogii pani Collins.
5

środa, 22 maja 2019

10 powodów dla których poleciłabym młodszym czytelnikom "Kroniki Jaaru"



Adam Faber w swojej magicznej serii Kroniki Jaaru zabiera czytelników na przygodę do świata pełnego czarów i niesamowitych zdarzeń.
Mimo że autor stworzył naprawdę interesującą historię, do mnie nie do końca ona trafiła. Z wielką przykrością stwierdzam, że wygląda na to,  że powoli robię się odrobinę "za stara" na tego typu historie i nie czerpię z ich czytania takiej przyjemności jak kiedyś.
Nie oznacza to jednak, że seria jest zła. Gdybym trafiła na nią kilka lat temu, fantastycznie bawiłabym się w Jaarze.
Zachęciłam za to młodszą siostrę, aby poznała Kate i razem z nią odkrywała świat magii.
Oto 10 powodów dlaczego:


1. Fantastycznie wykreowany magiczny świat
"Kroniki Jaaru" zabierają czytelników do kompletnie innej rzeczywistości, gdzie na każdym kroku czeka magia i tajemnice. Poznajemy świat razem z bohaterką i stopniowo odkrywamy jego piękno. Nie sposób nie zatracić się w tej czarodziejskiej krainie i cudownym stworzeniom, które ją zamieszkują.

2. Główna bohaterka, której nie da się nie polubić
Czytelnicy, szczególnie ci młodsi, od razu polubią Kate. To naprawdę ciekawa, sympatyczna postać. Ta zadziorna młoda czarownica z pewnością przypadnie im do gustu i szybko stanie się ich nową książkową przyjaciółką.

3. Cudowny klimat, który czuć od pierwszych stron
Adam Faber ukazuje nam świat przepełniony czarami. Magię, która towarzyszy tej opowieści, czuć już nawet zanim weźmie się powieść do ręki. Wystarczy spojrzeć na okładkę... czy ona nie jest przypadkiem zaczarowana?

4. Pełno przygód, od których nie sposób się oderwać
Może starszego czytelnika, który ma za sobą już pełno powieści przygodowych, akcja specjalnie nie porwie, jednak młodszych nie znajdziecie przez dobre kilka godzin, zatraconych w przygodach czarownicy. Mamy tutaj pełno przygód, zagadek, zwrotów akcji, które nie pozwolą oderwać się aż do samego końca.

5. Historia lepsza niż niejedna gra komputerowa 
Dzieci siedzą ciągle w komputerach i nic innego nie robią? Spokojnie. Dajcie im świat Jaaru. Jak do niego wejdą, to już nie będą chciały powrócić, niezależnie od gier, jakie dostaną. Tutaj bowiem nie ma miejsca na nudę. Akcja nie ustaje, przygoda goni przygodę i nietrudno zatracić się w lekturze.

6. Przekazuje wartości, które ważne są szczególnie dla młodszych czytelników
"Kroniki Jaaru" to nie tylko przygody, tajemnice i fantastyka. Bohaterką jest młoda dziewczyna, która ma takie same problemy jak w prawdziwym życiu. Powieść porusza wiele różnorodnych tematów, z którymi mierzymy się w codziennym życiu. Myślę, że w wielu kwestiach można utożsamić się z bohaterką i jej rozterkami. 

8. Książka jest portalem do innego świata... i to w jakiej oprawie!
Jako typowa "okładkowa sroka" nie mogłabym wspomnieć o tym, jak cudownie wydana jest seria. Okładki są zachwycające, magiczne i idealnie oddają czarodziejski klimat, z jakim mamy do czynienia w środku. We Need Young Adult- robisz to dobrze!


Mieliście przyjemność zapoznać się z książką? Jakie są wasze odczucia?
Może mimo faktu, że nie zaliczacie się już do młodszych czytelników "Kroniki Jaaru" skradły wasze serca?

2

niedziela, 19 maja 2019

Kathleen Barber - "Czy już zasnęłaś"


Josie przez ostatnie dziesięć lat próbowała uciec od wydarzeń z przeszłości. Jej ojca zamordowano we własnym domu, matka porzuciła dwie córki, by wstąpić do sekty, a siostra ją zdradziła. Kiedy Josie udało się wreszcie ułożyć życie w Nowym Jorku i znaleźć właściwego faceta, przeszłość powróciła w najgorszy z możliwych sposobów.

Rodzinna tragedia nieoczekiwanie staje się tematem najpopularniejszego internetowego podcastu. Reporterka Poppy Parnell robi oszałamiającą karierę na śledztwie, które sprawia, że sekrety z życia Josie lądują na ekranach smartfonów ludzi w całym kraju. Jej przeszłość, tajemnice i nazwisko stają się hasztagami na Twitterze. Czy da się ocalić przyszłość, jeśli przeszłość stała się najpopularniejszym trendem w social mediach?

Po północy nie dzieje się nic dobrego. Między północą a wschodem słońca pojawiają się tylko kłopoty. Kiedy o trzeciej nad ranem zadzwonił telefon, natychmiast przyszło mi do głowy, że stało się coś złego. Twój koszmar zacznie się, kiedy się obudzisz.


Telefon w środku nocy nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Niespodziewany powrót wydarzeń z przeszłości całkowicie miesza w spokojnym, ułożonym życiu Josie- głównej bohaterki powieści. To, czego kobieta się dowiaduje, wróży pełno nadciągających problemów. 
Na szczęście, w przeciwieństwie do opisywanych w niej wydarzeń, książka od pierwszych stron zapowiada bardzo przyjemną lekturę i taką się okazała.

Autorka od razu rzuca czytelnika na głęboką wodę. Bez zbędnych wstępów wciąga w wir wydarzeń. Sprawia to, że od pierwszych stron historia bardzo wciąga. Z każdym rozdziałem jesteśmy coraz bardziej ciekawi co wydarzy się dalej. Kathleen Barber nie rozciąga na siłę historii, co jest dużym plusem książki. Dzięki temu przez historię się płynie- i to błyskawicznie.

Pisarka zdecydowała się na bardzo ciekawy sposób pisania powieści. O wydarzeniach dowiadujemy się również za pomocą wplecionych między pierwszoosobową narrację fragmentów transkrypcji podcastu, odgrywającego w historii ważną rolę i napędzającego całe śledztwo. Interesującym dodatkiem są również posty na twitterze osób zainteresowanych sprawą. Nadaje to powieści lekkości i sprawia, że jest bardziej realistyczna. Jest to bardzo oryginalny sposób przedstawienia sprawy i nie przypominam sobie, żebym spotkała się z czymś takim w powieści kryminalnej. Jest świetnym urozmaiceniem książki i sprawia, że czyta się ją jeszcze lżej i przyjemniej.

Oprócz wątku morderstwa, mamy tu do czynienia również z wieloma problemami rodzinnymi i chowanymi przez lata urazami. Dużą wagę autorka przywiązała do wątku relacji głównej bohaterki z jej siostrą bliźniaczką. Niegdyś nierozłączne siostry z biegiem lat bardzo się poróżniły. Czy da się naprawić dawne błędy w tak kryzysowej sytuacji? 
Na pochwałę zasługuje fakt, że autorka nie przeważyła problemów rodzinnych i miłosnych bohaterki nad sprawą morderstwa, co bardzo często ma miejsce w tego typu powieściach. Mamy tutaj równowagę. Nie ma więc potrzeby się martwić, że rozterki Josie zajmą większą część książki.

"Czy już zasnęłaś" nie jest pozycją szczególnie wyjątkową. Sama zagadka jest ciekawa, jednak nie porywa. Nie ma tu zwrotów akcji, napięcia, szczególnie zaskakujących momentów. Mimo ciekawego pomysłu na wplecenie fragmentów podcastu, nie znajdziemy tu nic wyjątkowo odkrywczego. Jest to jednak dobra pozycja, przy której można świetnie spędzić wieczór. Mnie czytanie jej sprawiło dużą przyjemność i jestem niesamowicie ciekawa jak wypadnie na ekranie. Jeśli szukacie pozycji interesującej, wciągającej, przy której możecie odpocząć, to "Czy już zasnęłaś" będzie bardzo dobrym rozwiązaniem.
Polecam i zapewniam, że nie zaśniecie podczas lektury!  
0