Rainbow Rowell - "Nie poddawaj się"

Ulubiony książkowy bohater znanej z "Fangirl" Cathy powraca z własną historią. Simon Snow rozpoczyna właśnie ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Nie żeby przez ostatnie kilka lat jakoś bardzo się podszkolił - wciąż słabo radzi sobie z różdżką, w dodatku nieustannie coś podpala albo sam wybucha. Na domiar złego porzuca go dziewczyna, a jego mentor nie daje znaku życia. Simon zupełnie nie wie, dlaczego akurat on uznawany jest za najpotężniejszego czarodzieja, skoro każde z jego życiowych przedsięwzięć to porażka. Ale gdy w Świecie Magów zaczyna wrzeć, Simon musi sprostać wyzwaniu i zapanować nad sytuacją. Nie pomaga przeczucie, że Baz, jego współlokator, a zarazem największy wróg, prawdopodobnie knuje coś za jego plecami. "Rób swoje" to powieść o magii, duchach, miłości i tajemnicy. Jest w niej tyle pocałunków i sekretów, ile można się spodziewać w książce Rainbow Rowell, autorki "Fangirl", ale pojawia się tu znacznie więcej wampirów i innych potworów.

Chyba prawie każdy, kto polubił "Fangirl", po odłożeniu jej na półkę pomyślał: "Ale chciałbym poznać historię Simona i Baza!". Ja należałam do tego grona. Było mi nawet przykro, że autorka nie poświęciła im więcej czasu. Bardzo polubiłam tych bohaterów i chciałam czytać o nich więcej. Kiedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak "Carry on", czyli oddzielna powieść, poświęcona tylko tej dwójce, skakałam ze szczęścia. Miałam ochotę zamówić ją nawet w oryginale, jednak postanowiłam być cierpliwa i czekać, aż historia zostanie wydana w języku polskim. Trochę to trwało, ale w końcu na naszym rynku pojawiła się tak długo oczekiwana przeze mnie pozycja. Byłam przeszczęśliwa. Bardzo chciałam wrócić do tego świata i nie mogłam doczekać się momentu, aż rozpocznę swoją przygodę z "Nie poddawaj się". Postawiłam powieści dosyć wysoką poprzeczkę. Spodziewałam się, że totalnie wciągnie mnie do swojego świata i zakocham się w niej. Tak niestety się nie stało. Wręcz przeciwnie - ta powieść to jak do tej pory chyba moje największe rozczarowanie.

Na początek trzeba wyjaśnić o co dokładnie chodzi z Simonem Snowem, ponieważ jestem pewna, że znajdą się osoby, którym ta postać będzie całkowicie obca. Posłużę się tutaj tym, co na ten temat napisała autorka:

"Kto przeczytał moją książkę Fangirl, ten wie, że Simon Snow po raz pierwszy pojawił się właśnie w niej i że jest całkowicie fikcyjną postacią, czymś w rodzaju hybrydy i spadkobiercy setek innych nieistniejących Wybrańców.
W Fangirl Simon Snow występuje jako bohater serii dziecięcych książek przygodowych autorstwa Gemmy T. Leslie, a także jako główna postać opowiadań fan fiction pióra głównej bohaterki, Cath. 
Zakończywszy pracę nad Fangirl, mogłam rozstać się z Cath i jej chłopakiem Levim, a także ich światem. Uznałam, że tamta historia dobiegła końca.
Nie mogłam jednak zapomnieć o Simonie.
(...)
Postanowiłam ofiarować Simonowi i Bazowi ich własną historię, której zabrakło dla nich w Fangirl. Byłam im to winna."


To już moje trzecie spotkanie z twórczością Rainbow Rowell. Trzecie i raczej na ten moment ostatnie. Po lekturze "Nie poddawaj się" nie mam zbyt wielkiej ochoty na lekturę innych książek spod pióra tej pisarki. Dlaczego? Największym problemem w historii Baza i Simona okazało się to, jak powieść została napisana. Jeżeli Rainbow Rowell chciała oddać klimat przeciętnego fan fiction, stworzonego przez niedoświadczoną nastolatkę, to wyszło jej perfekcyjnie. To jednak nie jest przeciętne fan fiction, stworzone przez niedoświadczoną nastolatkę i nie powinno tak wyglądać. Styl jest po prostu beznadziejny. Momentami po prostu przerzucałam kilka stron, bo nie dawałam rady tego czytać. Jest napisane chaotycznie, momentami prawie niezrozumiale i przede wszystkim nieumiejętnie. (Rainbow Rowell nadużywa zdań, napisanych w nawiasach. To irytujące.) Dialogi momentami są po prostu straszne. Rozmowy bohaterów były tak mało realistyczne, sztywne i głupie, że chwilami nie mogłam powstrzymać śmiechu, wyobrażając sobie je w rzeczywistości. Zastanawiam się, dlaczego jest to tak źle napisane. Nie jest to przecież pierwsza książka pisarki. Czy poprzednie również takie były? Czytałam je naprawdę dawno temu i miło je wspominam. Teraz mam większe wymagania i zwracam na styl pisania większą uwagę, więc być może nie rzuciło mi się to wtedy w oczy.

W przypadku tej książki autorka postawiła sobie trudne zadanie. "Nie poddawaj się" to tak naprawdę ostatnia część fikcyjnej serii. Rowell musi więc tłumaczyć wszystko czytelnikowi i wracać do sytuacji z przeszłości. Jest to strasznie irytujące. Czułam się bardzo często zagubiona, dokładnie tak, jakbym naprawdę czytała ostatni tom, nie mając pojęcia co działo się dalej. Ten zabieg wyszedł naprawdę beznadziejnie i okazał się kompletną porażką.

Historia sama w sobie również ma ma mnóstwo minusów. Jednym z nich jest ogromna inspiracja Rainbow Rowell książkami o Harrym Potterze. Nie ma osoby, która nie mogłaby tego nie zauważyć. Podejrzewam, że nawet ci, którym tylko historia Chłopca, Który Przeżył obiła się o uszy, od razu ją skojarzą. Wielu autorów inspirowało się J. K. Rowling w swoich książkach, umieszczając bohaterów w szkołach magii. Tutaj jednak podobieństw jest zbyt wiele i są one bardzo zauważalne. W przypadku rozdziałów poświęconych Simonowi, które znajdziemy w "Fangirl", nie jest inaczej, lecz do tego nie można się jeszcze za bardzo przyczepić. Pamiętam, że myślałam o tym tak, że sama Rainbow Rowell napisała swoje fan fiction, tworząc fikcyjną serię o Simonie Snow. To było ok. Gorzej jest, kiedy autorka zaczyna na zarabiać, wydając to w oddzielnej powieści. 

Postacie, jakie poznajemy w książce również bardzo mi się nie spodobały. Pomińmy już fakt, że Simon to Harry, Baz to Malfoy, a Penelope to Hermiona, tylko wszyscy o wiele bardziej irytujący i zwyczajnie głupi. Niektórych postaci po prostu nie da się nie polubić. Snow to jeden z najbardziej drażniących bohaterów, z jakimi miałam okazję się spotkać. Irytował mnie chyba na każdej stronie. Ten drugi, to typowy, książkowy "mroczny typ". Bohaterowie zostali przedstawieni bardzo schematycznie. Nie było w nich praktycznie nic, co by mnie zaciekawiło. Mieli 19 lat, a ich zachowanie przypominało mi 15-latków. Podczas lektury momentami miałam ochotę rzucić książką o ścianę.

Pisarka beznadziejnie ukazała relacje między postaciami. Tak jak już pisałam: schematycznie i tandetnie. Przypomina to typowe, głupiutkie fan fiction. Uczucie, jakie rodzi się między dwójką bohaterów chyba nie mogło zostać gorzej przedstawione. Ich emocje, myśli, zachowania sprawiają, że tego nie da się po prostu czytać. Po prostu coś strasznego. Już dawno nie spotkałam się z czymś tak infantylnym. Nie przeszkadzał mi tutaj wątek homoseksualny. Nawet gdyby w taki sposób ukazano tu miłość między dziewczyną i chłopakiem, byłabym bardzo niezadowolona. 

Nie znajdziemy tu wiele akcji. Przez te 500 stron nie dzieje się bardzo wiele. Jest nudno. Gdyby nie fakt, że zobowiązałam się zrecenzować książkę, pewnie nigdy bym jej nie skończyła. Jedyną rzeczą, która uratowała tę powieść przed jeszcze gorszą oceną, był fakt, że pod sam koniec przynajmniej odrobinę mnie zaciekawiła. Plusem było też całkiem ciekawe zakończenie, którego nie do końca się spodziewałam. Nie nadrabia to jednak tego wszystkiego, z czym męczyłam się wcześniej.

Czy polecam to osobom, które jeszcze nie poznały "Fangirl"? Zdecydowanie nie. Czy polecam to komukolwiek? Również nie. Dla mnie była to całkowita strata czasu. Bardzo zawiodłam się na tej książce. Chyba lepiej byłoby, gdyby Simon i Baz pozostali w świecie Cath. Na ten moment jest najgorszą powieścią, jaką przeczytałam w tym roku.

Popularne posty