środa, 17 kwietnia 2019

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" , czyli o największym rozczarowaniu roku






Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie dziennikarz pisma „Millennium”, ma rozwikłać zagadkę kryminalną sprzed czterdziestu lat. Pomaga mu w tym Lisbeth Salander, młoda, intrygująca outsiderska i genialna hakerka. Wspólnie wpadają na trop mrocznej historii rodzinnej.









Millenium to trylogia, którą pokochał świat. Wywołała prawdziwy szum na światowym rynku wydawniczym, osiągając ogromny sukces. Dwie ekranizacje, tysiące sprzedanych egzemplarzy, wysyp pozytywnych recenzji... W takiej sytuacji musiał nadejść moment, abym na własnej skórze sprawdziła, na czym polega ten fenomen. Podeszłam do lektury z wysokimi wymaganiami i wielką nadzieją, że uda jej się im sprostać. Czekało mnie jednak jeszcze większe rozczarowanie.

Spodziewałam się historii, która porwie mnie bez reszty i nie pozwoli mi zmrużyć oka w nocy. Historii wypełnionej tajemnicami, nagłymi zwrotami akcji i nieprzewidywalnymi rozwiązaniami. Stieg Larsson zaoferował mi zamiast tego koszmarnie rozciągniętą, nudną i momentami nawet przewidywalną powieść, którą niejednokrotnie miałam ochotę rzucić w kąt.

Głównym problemem tej książki jest jej objętość.  Mam wrażenie że autor postawił nie na jakość, ale ilość. Gdyby porządnie wyselekcjonować wydarzenia, które rozgrywają się na kartach powieści i usunąć wszystkie, służące jako niepotrzebne zapychacze, w efekcie z opasłego tomiska, zostałaby przeciętnych rozmiarów, ale o wiele mniej nużąca książka.

Zamiast poświęcać tyle uwagi niepotrzebnym wątkom, Stieg Larrson powinien zdecydowanie bardziej postarać się urozmaicić poszukiwania. Poszukiwania Harriet trwały 30 lat i nie przyniosły żadnych rezultatów - do czasu pojawienia się Blomkvista. Kiedy główny bohater bierze sprawy w swoje ręce, wszystko zaczyna iść wyjątkowo łatwo. Odniosłam wrażenie, że wszystkie jego wspaniałe odkrycia są tak naprawdę zbiegiem okoliczności. Po prostu nagle pojawiają się tuż pod nosem bohatera.  Często nie jest nawet opisany tok rozumowania, dzięki któremu doszedł do swoich wniosków- po prostu nagle wie rzeczy, które przez tyle lat wyczerpujących poszukiwań nie przyszły nikomu do głowy.  

Bardzo dobrym wątkiem mogłaby być relacja Lisabeth i Mikaela jako przyjaciół i współpracowników.Fantazje erotyczne autora jednak wygrały i znajomość tej dwójki poszła dokładnie w tę stronę, którą liczyłam, że ominie i wtedy dla mnie cały czar prysł.

Postacie wykreowane są przeciętnie. Jedyną bohaterką, która naprawdę zapada w pamięć jest pani Salander. Jest ona kobietą o niezwykle silnym charakterze. To prawdziwa twarda babka z oryginalną osobowością. Ma za sobą trudną przeszłość, którą stopniowo odkrywamy. To jedna z tych bohaterek, które poznajemy na kartach powieści i zostaje z nami nawet po zakończeniu lektury. Była postacią, dzięki której nie porzuciłam lektury.

Po zapoznaniu się z pierwszą częścią słynnej trylogii już wiem, że na tym zakończy się moja przygoda z "Millenium". Nie zawsze łatka światowego hitu oznacza, że książka trafi w nasz gust. Historia śledztwa w sprawie Harriet miała bardzo duży potencjał, jednak moim zdaniem nie został on wykorzystany. Powieść dla mnie jest co najwyżej przeciętna. Określania jej mianem "współczesnego geniuszu", "wybitnej" czy nawet "klasykiem" absolutnie nie mogę pojąć.










5

środa, 2 maja 2018

E. Lockhart - Kłamczucha


Wierzyła, że im więcej wypocisz na treningu, tym mniej wycierpisz w walce.
Wierzyła, że najlepszym sposobem, by uniknąć złamanego serca, jest udawać, że się go nie ma.
Wierzyła, że to, jak mówisz, jest często ważniejsze niż to, co masz do powiedzenia.
Wierzyła też w filmy akcji, trening siłowy, potęgę makijażu, ćwiczenie pamięci, równe prawa oraz to, że z filmików na YouTube można się nauczyć miliona rzeczy, których na próżno szukać w college’u.

Jule West Williams to wojowniczka, dziewczyna kameleon, zawsze gotowa do ataku.
Imogen Sokoloff to dziedziczka fortuny i zagubiona w życiu sierota. Co przyniesie przyjaźń tych dwóch tak różnych dziewczyn?

Nowa powieść autorki „Byliśmy łgarzami”. Kryminał psychologiczny pełny suspensu, intryg i nieczystych zagrywek. E. Lockhart stworzyła porywającą historię młodej kobiety, której diaboliczne umiejętności stały się przepustką do wygodnego życia.


"Kłamczucha" była jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. Z niewiadomych powodów nastawiłam się niesamowicie pozytywnie. Spodziewałam się powieści YA o zagubionej dziewczynie, która pod maską chłodnej i pewnej siebie osoby, skrywa swoją wrażliwą, delikatną stronę. Bardzo miałam ochotę na lekturę czegoś w tym klimacie i miałam nadzieję, że powieść E. Lockhart spełni moje oczekiwania. Czekało mnie jednak duże rozczarowanie.

"Kłamczucha" jest bardzo specyficzną książką. Jak już pisałam, po opisie wyobraziłam sobie coś zupełnie innego, niż ostatecznie dostałam. Nie jest to klasyczna obyczajówka, ale thriller psychologiczny. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie wybrana przez autorkę forma, której moim zdaniem nie udźwignęła

Czymś, co wyróżnia "Kłamczuchę", jest odwrócona chronologia wydarzeń. Polega to na tym, że zaczynamy czytać od końca. Na początku książki poznajemy skutki działań bohaterki, a dopiero z biegiem czasu dowiadujemy się, co sprawiło, że znalazła się tam, gdzie jest. Jedni uważają to za duży plus powieści, inni za jej największą wadę. Zaliczam się do tej drugiej grupy.


Pomysł autorki był naprawdę intrygujący. Z pewnością taki zabieg mógłby niesamowicie wciągnąć czytelnika. Tutaj moim zdaniem to nie wyszło. Problemem jest zbyt duży chaos, jaki powstał. Wszystkie wydarzenia są poplątane. Czytając, w pewnych miejscach kompletnie nie rozumiemy o co chodzi. Pojawiają się jakieś nowe, znajome bohaterce postacie. My, czytelnicy, nie wiemy o nich jednak kompletnie nic. Kim są? Jak się tu znalazły? Co robią? Jaką rolę odgrywają w tej historii? Sprawia to, że podczas lektury mamy mętlik w głowie. Okropnie mnie to irytowało i zniechęcało do lektury. Przez większą część książki w ogóle nie wiadomo o co tu chodzi. Zakładam, że nie jedna osoba rzuciła ją w kąt, stwierdziwszy, że marnuje na nią czas. Odwrócenie ciągu przyczynowo-skutkowego mogłoby się udać tylko wtedy, kiedy autorka włożyłaby w to naprawdę wiele wysiłku. Musiałaby zwrócić uwagę nawet na najmniejsze szczegóły i bardzo dokładnie przeanalizować to, co chce przekazać. Dzieło E. Lockhart było w moich oczach jednak mocno niedopracowane i przez to wypadło tak źle.

"Kłamczucha" to powieść, którą trzeba przeczytać na raz, mocno skupiając się na treści. Aby zrozumieć kolejny rozdział trzeba dobrze zapamiętać poprzedni. Inaczej nie będziemy wiedzieli, co czytamy. Mimo wszystko i tak nieraz będziecie musieli wrócić do poprzednich stron, żeby zorientować się, co pisarka miała w ogóle na myśli. Z tego powodu czytanie nie sprawiało mi przyjemności. Lektura czegoś tak niedopracowanego i przez to ciężkiego do zrozumienia była naprawdę męcząca.

Brakowało mi tutaj również zwrotów akcji i momentów zaskoczenia, których można oczekiwać po powieści tego typu. Pomijając już ten cały bałagan i niejasności- historia ta zwyczajnie nudzi. Nie dzieje się nic interesującego, co sprawiłoby, że nie mogłabym oderwać się od czytania. Wszystko to sprawiało, że moja przygoda z "Kłamczuchą" była naprawdę męcząca.

Styl pisania również pozostawia wiele do życzenia. Warsztat E. Lockhart jest po prostu kiepski. Krótkie, do bólu proste zdania w trzecioosobowej narracji wypadły bardzo słabo. Dodatkowo miałam wrażenie, że były dosyć chaotyczne. Pisarka używa też wielu nielubianych przeze mnie "zapychaczy". Mówię tu o całkowicie niepotrzebnych informacjach i opisach podstawowych czynności. Sprawiało to, że lektura jeszcze bardziej mi się dłużyła i nie mogłam doczekać się końca.

Skłamałabym, mówiąc, że książka mi się podobała. A że kłamczuchą nie jestem, powiem, że powieść E. Lockhart jest naprawdę słaba. Ogólny zamysł był całkiem dobry i gdyby pisarka postarała się bardziej, mogłoby nawet coś z tego wyjść. Mamy jednak do czynienia z chaotyczną, pogmatwaną i nudną historią, której lektura nie sprawiła mi niestety przyjemności. Bardzo się zawiodłam. Nie polecam.




0

wtorek, 1 maja 2018

Alwyn Hamilton - Buntowniczka z pustyni



Bardziej wybuchowa niż proch strzelniczy!

Bezkresne piaski pustyni przemierzają tajemnicze bestie, w których żyłach płynie czysty ogień. Krążą pogłoski, że istnieją jeszcze takie miejsca, w których dżiny wciąż parają się czarami. Lud Miraji coraz mocniej występuje przeciwko tyranii Sułtana. Każda noc pośród wydm pełna jest niebezpieczeństw i magii. Jednak osada Dustwalk nie jest ani magiczna, ani mistyczna – to zabita deskami dziura, którą nastoletnia Amani pragnie opuścić przy najbliższej okazji.

Buntowniczka wierzy, że dzięki talentowi w posługiwaniu się bronią, uda jej się uciec spod opieki despotycznego wuja. Podczas zawodów strzeleckich poznaje Jina – tajemniczego i przystojnego cudzoziemca, który może jej pomóc w realizacji planów. Amani nie przepuszcza jednak, że jedna, ryzykowana decyzja, sprawi, że będzie musiała uciekać przed armią Sułtana, ramię w ramię ze zbiegiem oskarżonym o zdradę stanu.


O tej książce słyszał już chyba każdy. Buntowniczka zaraz po premierze podbiła serca zarówno polskich czytelników, jak i tych zagranicznych. Blogosfera i booktube oszalał na jej punkcie, a zachwytom nie było końca. Z tego powodu byłam nieco sceptycznie nastawiona. Znacie to uczucie, kiedy podekscytowani sięgacie po polecaną przez wszystkich dookoła pozycję, aby ostatecznie spotkać się z wielkim rozczarowaniem? Ja znam - i to aż za dobrze. Z tego powodu bardzo długo odkładałam sięgnięcie po tę powieść. Okazało się jednak, że moje obawy były niesłuszne. Buntowniczka zabrała mnie w niesamowitą, magiczną podróż, podczas której rewelacyjnie się bawiłam.

Powieść Alwyn Hamilton nie jest niczym wybitnym. Z pewnością nie zalicza się do najlepszych książek jakie przeczytałam w życiu. Pomiędzy kartkami kryje się jednak coś, co sprawia, czytając, przenosimy się do zupełnie innej rzeczywistości, zapominając o całym świecie. Ma na to wpływ wiele czynników: wartka akcja, lekki styl pisania autorki, ciekawy świat i oryginalny pomysł. Moim zdaniem największy urok tej książki kryje się jednak w niezwykłym i rzadko spotykanym w YA pustynnym klimacie.

Książka niczym pustynny wir powietrzny gwałtownie wciąga nas do swojego świata. Nie ma tutaj żadnych zbędnych wstępów. Od pierwszych stron Alwyn Hamilton serwuje czytelnikowi dużą dawkę akcji. Historia pędzi, nie dając chwili na złapanie oddechu. Nie zwalnia tempa do ostatniej strony, sprawiając, że ciężko oderwać się od lektury. Przebieg historii urozmaicony został również gwałtownymi zwrotami akcji, które pisarka wykorzystuje w niespodziewanych momentach. Po każdym rozdziale mamy ochotę na kolejny i kolejny, aż w końcu zdajemy sobie sprawę, że zbliżamy się do końca. Niesamowicie wciągająca akcja połączona z bardzo lekkim i przyjemnym stylem pisania autorki sprawia, że jest to książka, którą bez problemu przeczytamy w jedną noc.

Bardzo polubiłam bohaterów. Nie są oni wykreowani perfekcyjnie. Mają w sobie jednak iskierkę życia, która sprawia, że nie są papierowi. Ich charakter jest naprawdę złożony i interesujący. Są różnorodni. Każdy jest w pewien spsób indywidualny. Sprawia to, że ożywają w naszej głowie podczas lektury.
Przed rozpoczęciem przygody szczególnie zastanawiała mnie główna bohaterka. Z pewnością każdy czytelnik książek YA tego rodzaju zna typ bohaterki buntowniczki. Oschła, nieczuła, zapatrzona w siebie, gardząca wszystkimi i do bólu sztuczna rebeliantka- czy do tej grupy zalicza się Amani? Na szczęście naszej tytułowej Buntowniczce daleko od tego irytującego gatunku. To naprawdę silna dziewczyna, mająca swoje wartości i wytrwale dążąca do celu. Wie, czego chce i nie boi się o to zawalczyć. Pragnie od życia czegoś więcej, niż bycia pomijaną ze względu na płeć dziewczyną z małego miasteczka. Jest uparta, ale nie brakuje jej też tej "ludzkiej" strony, której nie boi się ukazać. To ten typ postaci, który absolutnie uwielbiam i z tego powodu szalenie kibicowałam Amani.

Mocną stroną tej książki jest niebanalny i niezwykle efektowny pustynny klimat, który udało się wykreować pani Hamilton. Towarzysząc bohaterom nie sposób go nie poczuć. Objawia się nam zarówno w swojej pozytywnej, pięknej postaci, jak i w trudnościach, jakie stawia przed postaciami. Mimo wszystko stanowi niesamowite tło, bez którego ta opowieść nie byłaby taka sama. Do tego dorzućmy jeszcze trochę westernu, pustynnych wierzeń, magii i dżinów... Czy muszę kogoś jeszcze przekonywać?

"Buntowniczka z pustyni"nie jest majsterszykiem. Nie znajdziecie tu głębokich przemyśleń i filozoficznych cytatów. To nie jest powieść, która odmieni wasze życie. Jednego możecie być jednak pewni- podczas lektury nie będziecie się nudzić. Alwyn Hamilton zabierze was na pustynną wyprawę, która dzięki swojej dynamicznej akcji zajmie was na dobre kilka godzin. Jeśli szukacie sposobu na lekki wieczór pełen akcji i przygód, książka ta będzie idealnym rozwiązaniem. Nie mogę doczekać się, aż sięgnę po kolejny tom! 


Znalezione obrazy dla zapytania czwarta strona wydawnictwo





0

niedziela, 29 kwietnia 2018

Kelly Oram - Cinder i Ella



Niespełna rok temu osiemnastoletnia Ella uległa tragicznemu wypadkowi, w którym zginęła jej mama, a ona sama odniosła bardzo poważne obrażenia. Powrót do zdrowia jest trudny, dlatego dziewczyna trafia pod opiekę dawno niewidzianego ojca i jego nowej rodziny… na drugim końcu kraju! [za którą szczerze nie przepada!] Teraz Ella musi musi przekonać innych, że potrafi żyć samodzielnie…. i po dłuższej przerwie ponownie nawiązuje kontakt z kimś, kto jako jedyny jest gotów jej pomóc… I bardzo wiele dla niej znaczy… Anonimowy przyjaciel poznany na blogu. Cinder.


Interpretacji i różnych wersji klasycznych, znanych każdemu bajek pojawiło się już wiele. Księżniczki zostały przez współczesnych twórców przeniesione do przeróżnych czasów i miejsc. Nie boją się oni czerpać z ich historii podczas tworzenia własnych dzieł - nie tylko książek. Motywy te są wykorzystywane na wiele sposobów. Jednym z popularniejszych jest niewątpliwie historia o Kopciuszku. Jest to opowieść, z której skorzystało wielu pisarzy. Do tego grona zaliczymy Kelly Oram - autorkę "Ciner i Ella".

Z książką tą miałam spory problem, ponieważ miałam wrażenie, że nie do końca trafiła do mojej grupy wiekowej. Moim zdaniem historia ta skierowana jest do o wiele młodszych dziewczynek. Mimo że w dalszym ciągu lubię książki młodzieżowe, z biegiem czasu zaczęłam być wobec nich bardziej krytyczna, a moje oczekiwania wzrosły. Gdybym sięgnęła po historię Elli kilka lat temu, moja opinia byłaby z pewnością inna. Mimo wszystko nie uważam, że powieść pani Oram jest złą książką. Niesie ona ze sobą dobre dla młodziutkich nastolatek wartości, przekazane w bardzo prosty, choć cukierkowy sposób. Jednak nie wiem, czy starszym osobom książka ta nie wyda się przerysowana, a nawet pretensjonalna. Ja spędziłam z nią miły czas, ale szczerze mówiąc, mimo wszystko momentami wydała mi się odrobinę infantylna.

Przeciętny kopciuszek, jako nastolatka, która skradła serce swojego księcia- supergwiazdy. Brzmi oryginalnie? Oczywiście, że nie. Tego typu produkcji było już pełno. a wszystkie do siebie podobne. Niektóre rozwiązania fabularne są nam również dobrze znane i typowe dla opowieści inspirowanych postacią Kopciuszka, w których schemat goni schemat. Na szczęście pani Oram nie wybrała absurdalnej drogi, w której bohater zauważa w tłumie szarą myszkę i zakochuje się w niej. Relacja Cindera i Elli jest o wiele bardziej autentyczna i możliwa do zaistnienia w rzeczywistości

Główna bohaterka nie ma łatwo. Los nagle skomplikował wszystko i rzucił ją na głęboką wodę. Wypadek odebrał jej to, co najcenniejsze- mamę, całe jej dotychczasowe życie i zdrowie. Teraz Ella jest niesamowicie zagubioną dziewczyną, której ciężko jest pogodzić się z niespodziewaną stratą. Nastolatka ucierpiała również fizycznie. Jej ciało pokryte jest bliznami po oparzeniach, które nie dość, że utrudniają poruszanie się, są jeszcze przyczyną kpin ze strony nowej rodziny jej ojca oraz rówieśników, którzy ją otaczają.

Kelly Oram ukazała naprawdę trudną sytuację, szczególnie dla tak młodej osoby. Ważnym aspektem, na którym skupia się duża część tej historii jest konflikt między Ellą a jej ojcem, który porzucił jej mamę i ją, kiedy była małym dzieckiem. Ma ona mu to za złe. Jest to problem bardzo aktualny, który mam wrażenie, że ma miejsce coraz częściej we współczesnym świecie. Myślę, że znajdzie się wiele osób, które będą mogły utożsamić się z bohaterką. Książka niesie bardzo pozytywne przesłanie, że mimo wszystko powinniśmy starać się wybaczać i dawać drugą szansę. Istotne jest, aby rozmawiać o problemie i postarać się zrozumieć rodzica, dla którego to wszystko też nie jest łatwe. Być może chce zacząć od początku, ale my, zaślepieni żalem, nie dajemy mu takiej możliwości. Myślę, że może to jakoś wpłynąć na młodzież, której to dotyczy.

Oprócz rodziny, bardzo ważną kwestią jest nasz wygląd zewnętrzny. Autorka mocno podkreśla to, że nasze wnętrze jest najważniejsze. Wygląd nie definiuje tego kim jesteśmy. Wszystko zależy od naszego charakteru. Nikt nie jest od nikogo gorszy, ponieważ wygląda inaczej. Nawet ktoś, kto uważa siebie za "brzydkie kaczątko",w oczach drugiej osoby będzie najpiękniejszym łabędziem. Wszyscy tak samo zasługujemy na miłość i przyjaźń. To ważna lekcja, szczególnie dla młodszych dziewczynek, które wchodzą w okres dorastania i powoli zaczynają doszukiwać się swoich wad.

Ella może być też dużą motywacją dla osób dotkniętych niespodziewanym kalectwem. Jej postać pokazuje, aby nigdy nie zaprzestawać walki. To silna dziewczyna, która mimo wszystko postanawia znaleźć szczęście.

Książka jest bardzo prosta w odbiorze. To pozycja na jeden dzień. Napisana została nieskomplikowanym językiem, przez co czyta się ją niezwykle szybko. Jej forma jest idealna dla nieco młodszych czytelniczek. Sposób pisania jest jednak mocno przeciętny, szczególnie w rozmowach postaci, które momentami wypadają naprawdę sztucznie i nierealistycznie.

Bohaterowie nie zostali skonstruowani źle. Widać, że autorka próbowała rozbudować ich charakter. Podobało mi się, że zwracała uwagę na przyczyny ich zachowania. Pokazuje również zmianę ich zachowania pod wpływem wydarzeń - szczególnie głównej bohaterki. Zdarzały się jednak naprawę nierealistyczne i głupie sytuacje, które działały mi na nerwy. Mimo że bohaterowie nie należą do najciekawszych oraz momentami wypadali dosyć sztucznie, uważam, że i tak autorka się postarała. 

"Cinder i Ella" jest dobrą książką, jednak do końca do mnie trafiła. Lektura była całkiem miła i urocza, ale czułam niedosyt. Momentami głupiutkie, naiwne love story przekazuje czytelnikom jakieś wartości i bardzo to doceniam. Myślę, że historia Elli i Cindera oczaruje młodszych czytelników. Osoby starsze i może nieco bardziej oczytane w tym gatunku, mogą nie być nią do końca zachwycone. Mimo wszystko, jeśli lubicie proste, przesłodzone, ckliwe historie, warto samemu sięgnąć i wyrobić sobie własną opinię.

Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo dolnośląskie
0

niedziela, 22 kwietnia 2018

Jeff Zentner - "Goodbye days"



"Gdzie jesteście, chłopaki? Odpiszcie." 
Naciskając "wyślij", Carver Briggs nie miał pojęcia, że jego SMS wywoła łańcuch reakcji, które doprowadzą do tragicznej śmierci Marsa, Eliego i Blake?a.

Carver jest załamany i przerażony, nie dość że stracił trzech najbliższych przyjaciół, to jeszcze grozi mu wizja więzienia, ponieważ ojciec jednego z nich, wpływowy sędzia, kieruje sprawę do prokuratury.

Carver, w wieku swych siedemnastu lat, staje się niespodziewanie ekspertem od pogrzebów. Trzy w ciągu tygodnia.  Na każdym oprócz bólu przeżywa odrzucenie i potępienie ze strony rówieśników. A wszystko to w przededniu nowego roku szkolnego...

Jedynymi bratnimi duszami są starsza siostra, Georgia, oraz dziewczyna Blake?a. Była dziewczyna, bo Blake'a już nie ma...

Bliscy Blake'a, Eliego i Marsa proszą, a niekiedy żądają, by pozostały przy życiu przyjaciel ich tragicznie zmarłych synów przeżył wraz z nimi czas pożegnań, by spędził z nimi cały dzień, wspominając przyjaciela, robiąc z nimi to, co robiliby ze swoimi dziećmi. Za każdym razem wygląda to inaczej, za każdym razem bardziej boli, za każdym razem obie strony dowiadują się o zmarłych zaskakujących rzeczy, rzeczy, które ktoś wcześniej bał się ujawnić...



W naszych czasach korzystanie z telefonu na okrągło, jest czymś coraz częściej spotykanym. Niewiele jest osób, a już szczególnie młodych, które nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez smartfona. Współczesna technologia umożliwia nam między innymi bezproblemowy kontakt z osobami oddalonymi od nas nawet o tysiące kilometrów. Jest to ogromne ułatwienie. Nic nie mogłoby być jednak idealne, bezproblemowe i cudowne. Wszystko, co technologia XXI wieku ma nam do zaoferowania, ma zarówno dobre, jak i złe strony. Wad, podobnie jak zalet, można wymienić wiele: uzależnienie, oddalanie się od rzeczywistości, idealizowanie wyglądu na portalach społecznościowych, kontakty z nieznajomymi i mnóstwo innych zagrożeń. Istotnym i bardzo niebezpiecznym problemem jest również korzystanie z urządzenia w trakcie jazdy samochodem. Może doprowadzić to do najgorszego. Ten właśnie problem postanowił poruszyć Jeff Zentner w swojej nowej książce dla młodzieży - "Goodbye days"


Z autorem miałam już okazję się spotkać podczas lektury "Króla węży" - książki, wobec której miałam dosyć spore oczekiwania. Czekało mnie jednak rozczarowanie. Z tego powodu dosyć sceptycznie podeszłam do lektury drugiej powieści pisarza. Przyciągnął mnie jednak temat, który jest naprawdę istotny i aktualny, a bardzo rzadko poruszany w młodzieżówkach. Byłam naprawdę ciekawa jak pisarz poradził sobie z tą historią, która zdecydowanie do lekkich nie należy. Opisanie życia i uczuć młodego chłopaka, który przez jedną głupią wiadomość stracił swoich najlepszych przyjaciół, jest trudnym zadaniem. Ciężko jest pokazać temat śmierci prosto i dobrze - bez zbędnego dramatyzowania i ubarwiania. Niewielu autorów poradziło sobie z tym zadaniem. Zalicza się do nich niestety Jeff Zentner.

Historia, a dokładnie sposób, w jaki została ukazana i poprowadzona, jest przede wszystkim absurdalna. Wydarzenia są naprawdę nielogiczne i momentami nie mają kompletnego sensu. Mowa tu przede wszystkim o ogromnie wyolbrzymionym obwinianiu przez innych głównego bohatera - autora niefortunnego smsa. Czy wyobrażanie sobie, aby praktycznie całe miasteczko, łącznie z lokalną prasą, rzuciło się z pazurami na tego młodego chłopaka, traktując go prawie jak mordercę, który z zimną krwią, umyślnie zabił grupkę nastolatków? Ba! Jakby tego było mało, wytoczono mu proces sądowy. Czy to nie brzmi niedorzecznie? Nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego miało miejsce w rzeczywistości. 

Należy pochwalić pisarza za sposób, w jaki opisuje emocje. Naprawdę dobrze przedstawia to, co dzieje się w głowie osoby, która obwinia się o czyjś wypadek. Czy naprawdę ktokolwiek z nas spodziewałby się, że właśnie ten jeden sms zostanie wysłany i odczytany akurat w tym kluczowym momencie? Nie. Nikt z nas na miejscu Carvera nie zrobiłby tego umyślnie. Wina leży też w dużej mierze po strony kierowcy. Jednak wyrzuty sumienia pozostają do końca życia i już zawsze w głowie pozostanie to okropnie męczące - "a co jeśli...". 

Kreowanie bohaterów nie jest chyba mocną stroną pisarza. Widać jednak, że naprawdę się stara. Moim zdaniem, idzie to mimo wszystko w trochę złą stronę. Od dłuższego czasu obserwuję w literaturze młodzieżowej modę na bardzo indywidualnych, trochę dziwacznych bohaterów. To hipsterzy odstający od reszty - osoby inne, mocno wyróżniające się w szarym tłumie. Tylko jest różnica pomiędzy wykreowaniem postaci o barwnym, ciekawym charakterze, a kogoś innego na siłę, kto nie dość, że wcale ostatecznie nie jest interesujący, to jeszcze ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. I to jest ten błąd, który popełnia Jeff Zentner. Na siłę stara się stworzyć bohaterów, którzy będą odstawać od typowych rówieśników. Takim sposobem Brygada Sos wydała mi się okropnie infantylna i wręcz czasami głupia. Przykłady? Możemy je znaleźć już od pierwszych stron. Członek paczki znany z donośnego wypuszczania gazów, akcja z opuszczaniem spodni pod szkołą w zwolnionym tempie czy - moje ulubione - wiewiórcze rodeo w parku, czyli zabawa, której nie powstydziliby się nawet najwięksi żartownisie z drugiej klasy podstawówki. Typowi nastoletni outsiderzy? Nie wydaje mi się. Zdecydowanie nie udało im się zyskać mojej sympatii.

Kiedy zobaczyłam objętość książki, bardzo się zdziwiłam. Aż 430 stron na obyczajową historię dla młodzieży? Zazwyczaj powieści YA są o wiele cieńsze. Tutaj jednak nic dziwnego. Już dawno nie czytałam czegoś tak do bólu rozciągniętego. Mam wrażenie, że autor odrobinę skupił się na ilości, a nie jakości. Historia mnie naprawdę nudziła.

"Goodbye days" miało duży potencjał, który, mimo tego, że nie jest to do końca taka zła książka, został zmarnowany. Jej ogromnym plusem jest temat konsekwencji pisania w trakcie jazdy. Może to komuś coś uświadomi. Bo czy tak naprawdę zastanawiamy się przed wysłaniem wiadomości do kogoś, kto w tej chwili prowadzi? Czy nigdy nie zdarzyło się kierowcom zerknąć na ekran telefonu? To, co spotkało członków Brygady Sos jest przestrogą dla każdego z nas. Powieść ma naprawdę dobre przesłanie. Byłaby to świetna pozycja, gdyby nie mocno niedopracowane wykonanie. 

Nie odradzam, ale i nie polecam. Widocznie powieści spod pióra pana Zentera nie są dla mnie. Naprawdę doceniam jednak temat i przesłanie, jakie niesie ta historia. Z pewnością nie jest ona bezwartościowa.
0

sobota, 21 kwietnia 2018

Czy trzynasta część "Zwiadowców" będzie miała sens?




Wy też zauważyliście, że bardzo wielu autorów serii, które uzyskały ogromną popularność, wpada w pewną pułapkę?



Wykorzystują oni duże zainteresowanie czytelników swoim cyklem, tworząc coraz to nowe części lub oddzielne historie, osadzone w danym świecie. Fani książek zawsze chętnie po nie sięgną, aby sprawdzić, jak trzymają się ich ulubieni bohaterowie. Daje im to możliwość powrotu do ukochanego fikcyjnego miejsca. Bardzo często okazuje się jednak, że nie jest to już to samo, co było wcześniej. Poziom jest coraz niższy i jesteśmy w stanie wyczuć, kiedy autor naprawdę ma pomysł na dalszy ciąg, a kiedy próbuje rozciągnąć coś na siłę, byle tylko zarobić więcej. Jest to bardzo przykre i krzywdzące dla serii. Przychodzi taki moment, gdzie raz na dobre pożegnać się z jakimś fikcyjnym uniwersum oraz jego bohaterami i postarać się zaskoczyć fanów czymś nowym. Niektórzy jednak nie mogą rozstać się z danym cyklem i próbują ciągnąć go na siłę. Rzadko kiedy wychodzi to na dobre.



Nietrudno znaleźć przykłady tego typu pisarzy. J. K. Rowling dalej powraca do Hogwartu, tworząc nowe i moim zdaniem coraz gorsze historie. Cassandra Clare na wszelkie sposoby próbuje pozostać w towarzystwie Nocnych Łowców. Rickowi Riordanowi ciężko jest opuścić Obóz Herosów. Bez problemu znajdziemy też  autorów serii bardzo długich, rozciągniętych na siłę. Do tej grupy zalicza się też John Flanagan.



Jeśli śledzicie moją działalność na blogu, wiecie, że serię "Zwiadowcy" darzę ogromnym sentymentem. Poznałam ją jeszcze jako dziecko i to wtedy się w niej zakochałam. Jest dla mnie czymś, jak Harry Potter. To przez nią polubiłam czytanie i mimo że śmieję się, że jestem już na stara na te książki lubię do nich wracać. 


Trzynasta część?! 



Kiedy na stronie Wydawnictwa Jaguar pojawiła się informacja o trzynastym tomie serii, byłam szczerze zaskoczona. Nie mogłam w to uwierzyć. Okazało się, że informacja jest prawdziwa. Już w maju ukaże się trzynasta część cyklu. W mojej głowie zaczęły rodzić się wątpliwości. Bo czy dalsze ciągnięcie tej serii ma sens?



Przeanalizujmy dotychczasowe 12 części. 

Pierwsze cztery tomy były rewelacyjne. Pomysłowa fabuła, przygody i warta akcja dostarczały świetnej rozrywki. 
W piątej oraz szóstej części, mimo że pomysł dobry, zaczęło się dziać coś niefajnego. Flanagan rozwlekł akcję tak bardzo, jak tylko się dało, dzieląc jedną przygodę na dwa tomy. Efekt nie był dobry. O ile jeszcze piąty był ciekawy, tak w kolejnym nie działo się praktycznie nic i okropnie nudził. Spokojnie można było zmieścić akcję w jednej powieści, czego skutek byłby o niebo lepszy. Autor powtórzył ten zabieg później, w ósmej i dziewiątej części
Siódmym tomem niejedną osobę zaskoczył. Pisarz nagle zdecydował się umieścić akcję w czasie, kiedy nasz bohater był jeszcze młodym uczniem. Nieoczekiwany powrót do przeszłości był czymś dziwnym. Mimo że dalej jest to jeden z moich ulubionych tomów, pomyślałam wtedy, że chyba pisarzowi zaczyna brakować weny. 
Po kolejnych dwóch rozciągniętych, acz bardziej interesujących książkach oraz udanej dziesiątej, przyszedł czas na jedenastą część, która utwierdziła mnie w moim przekonaniu, że autorowi kończą się pomysły. Okazał się to zbiór różnych, przypadkowych opowiadań, na które wiele osób bardzo narzekało. Mnie przypadły one do gustu. Podobało mi się to, że poruszone tam zostały różne kwestie, o których do tej pory nie było mowy. Czułam jednak, że nie jest to już to samo. 
W końcu wydany został dwunasty tom, który miał być już finalnym....



To już nie to samo

Mimo wszystko "Zwiadowcy" powracają. Czy to dobrze? Sama nie wiem. Z jednej strony w pewien sposób ekscytuje mnie myśl o spędzeniu czasu w dobrze znanym mi z dawnych czasów świecie. Obawiam się jednak, czy będzie on taki sam, jak ten, który pokochałam jako mała dziewczynka. Dwunasty tom był dla mnie rozczarowujący. Pisarz przeskoczył w czasie o kilkanaście lat. Świat i bohaterowie są już zupełnie inni niż wtedy, kiedy ich poznawałam. O ile ich stopniowe, ciekawe zmiany z tomu na tom podobały mi się, tak tutaj nagły skok do przyszłości wzbudził moją niechęć. Autor zdecydował się wprowadzić do akcji kolejne pokolenie - córkę Cassandry i Horace'a. Sam pomysł był dla mnie mocno naciągany. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pisze on na siłę, dla pieniędzy. Zaczęłam odczuwać to jeszcze mocniej, kiedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo powtórzono schemat z pierwszego tomu. Części te są naprawdę bardzo do siebie podobne, jeśli chodzi o zarys wydarzeń, o ile nie praktycznie takie same. Flanagan nie zaskoczył nas absolutnie niczym nowym.



Czego możemy się spodziewać w kolejnym tomie?

Trzynasty tom stanowi historii z dwunastego tomu. Akcja będzie kręcić się wokół młodziutkiej zwiadowczyni, która uczy się pod opieką głównego bohatera. Będziemy śledzić dalsze szkolenie dziewczyny, podobnie jak było to w początkowych tomach z postacią Willa i Halta. Czy autor pójdzie schematem? Nie zdziwiłabym się. Szkolenie nowego zwiadowcy daje możliwość stworzenia kolejnych dwunastu tomów, ale czy to naprawdę ma sens?



Mam swoją teorię dotyczącą tego, co będziemy mogli tam znaleźć. 
SPOILER -> Związana jest ona z Alyss, która, jak dowiadujemy się w ostatnim tomie, ginie w pożarze. Jeśli dobrze mi się wydaje, to pojawiła się informacja o tym, że nie odnaleziono zwłok w zawalonej chacie. Możliwe, że wspomniano nawet o tym, że dziewczyna mogła zdążyć uciec. Nie zdziwiłabym się, gdyby autor postanowił przywrócić ją do żywych, a jej śmierć potraktować jako nieporozumienie. Moim zdaniem byłoby to całkowicie absurdalne i głupie. Czuję jednak, że jest ona całkiem prawdopodobna.<-




Przeczytam, czy nie? 


Moje lęki związane z nadchodzącą częścią są więc w pełni uzasadnione. Uważam, że pewnych rzeczy nie możemy robić bez końca. Uwielbiam "Zwiadowców", ale moim zdaniem i fani, i autor powinni się z nimi już dawno pożegnać. Dawno temu przyszedł czas, żeby historia ta miała swój finał - jedną, grubą, czarną krechę, która definitywnie wszystko zakończy. Wracanie w kółko do tego samego nie jest czymś dobrym. Nie można robić tego w nieskończoność. 
Mimo wszystko przeczytam na pewno. Mam pełno sprzecznych uczuć odnośnie premiery - z jednej strony nie mogę się jej doczekać, a z drugiej obawiam się, że ta magia, która otacza "Zwiadowców", po tym tomie pryśnie. Muszę jednak sprawdzić i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.
Jak wyjdzie? Przekonamy się w maju.


A jakie są wasze przemyślenia na ten temat? Planujecie sięgnąć? Czy uważacie, że wprowadzenie kolejnego pokolenia, to dobry pomysł?
0

piątek, 13 kwietnia 2018

Wspomnienia z Danii, czyli gdzie byłam, kiedy mnie nie było?


Cześć wszystkim! 
Jak dawno tutaj nie zaglądałam! Minęły już 2 miesiące odkąd ostatni raz coś dodałam. Nie zapomniałam jednak o moim niewielkim miejscu w sieci. Powód mojej nieobecności jest bardzo prosty. Miałam 2-tygodniowy wyjazd do przepięknej, śnieżnej Danii, po powrocie z której w szkole czekał mnie wielki stos zaległości. Kiedy tylko udało mi się jakoś z niego wygrzebać, rozpoczęły się bardzo intensywne przygotowania do egzaminów gimnazjalnych. W natłoku obowiązków nie miałam ani czasu, ani nawet siły tutaj zajrzeć. Pisanie nowych postów i recenzji, zastąpiło pisanie stosu notatek i próbnych arkuszy. Miejmy nadzieję, że mój wysiłek się opłaci i uda mi się dostać do wymarzonej szkoły. Na szczęście (lub nie) dosłownie za kilka dni będzie po wszystkim i wtedy już na poważnie tutaj wrócę.

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami kilkoma zdjęciami, które ze sobą przywiozłam. Nie ma ich bardzo dużo, bo straszliwy wiatr i mróz skutecznie zniechęcały do wyciągania rąk z kieszeni. Mam nadzieję, że to, co udało mi się zrobić, przypadnie wam do gustu.
































0